Zaur Czedia - gruzińskie nazwisko, które jeszcze niespełna tydzień temu było dla panicza Pearce’a kompletnie obce. Aż do dzisiaj. Podejrzany o handel żywym towarem, wymuszenia, haracze, zlecenia zabójstwa… a na osobistych egzekucjach kończąc. W swych ojczystych stronach prawdziwa szycha, natomiast tu, w Stanach Zjednoczonych, powoli stawiał pierwsze kroki, pragnąc rozprzestrzenić swój nielegalny biznes. Im Ro bardziej zagłębiał się w zebrane dane na temat Czedia, tym silniej odczuwał nieprzyjemne skurcze, gdzieś w okolicach żołądka… i chyba nawet własnego serca. Ogarnął go dziwny stan odrętwienia… ale na szczęście, jedynie na dwie, może trzy sekundy. Tyle wystarczyło, aby odpowiednie trybiki w jego mózgu zadziałały, zmuszając go do natychmiastowej reakcji. Wystrzelił z gabinetu, niczym z procy, dopadłszy najbliższą widne. Zapomniał już, iż zaledwie parę dni temu niemal nie stracił w niej życia. W tej chwili nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Tamara była w niebezpieczeństwie. Słyszał to. Słyszał wszystko, co się tam działo, i naprawdę z wielkim trudem powstrzymywał się przed wywrzaśnięciem na głos szpetnego przekleństwa, a tym samym spaleniem swej przykrywki. Musiał zachować spokój oraz trzeźwy umysł. Nawet, jeśli Czedia ośmielił się podnieść rękę na pannę Zajczik, tok myślenia typowego Agenta Specjalnego podpowiadał mu, iż zwykłe uderzenie w twarz z pewnością jej nie zabije. Co innego, jeśli chodzi o tą typowo męską część umysłu… Tu już nie było tak kolorowo. Na szczęście Ro nie był kimś, kto łatwo ulegał emocjom w sytuacjach poważnego zagrożenia życia. Choć te były silne, zręcznie odsunął je na bok, na pierwszym miejscu stawiając przede wszystkim zdrowy rozsądek. A ten mógł działać, dzięki podpowiedziom Tamary, odnośnie miejsca jej zamieszkania. Wyskakując z windy do podziemnego parkingu Ro już wiedział, gdzie ma jechać. To tylko 10 minut drogi. I wcale nie najtrudniejsze będzie dotarcie tam na czas, a… zwykłe rozłączenie się. Nie mógł jechać i równocześnie mieć włączoną rozmowę. Hałas, jaki stwarzał rozpędzony pojazd mógł wszystko zaprzepaścić. Tak, więc, gdy wsiadł już do swego czarnego Chevroleta, powoli odsunął od ucha komórkę, naciskając czerwony guzik. Przerwał połączenie. Natychmiast jednak, po uruchomieniu silnika, wykręcił numer na policję, a później, licząc się z tym, iż być może będzie miał zagwarantowane wsparcie, wyjechał z piskiem opon z podziemnego garażu, licząc w myślach ilość naboi w wetkniętej za paskiem, służbowej broni.
[Uwielbiam twoją kartę. Tak ładnie zrobiona i ładnie napisana, i będę się nią zachwycać, o. Proszę też o to, żebyś nie przeraziła się jakością tego na dole...]
Chyba każdy miewał sny, w których był bohaterem, w których ratował ludzi, a także w których bywał ofiarą, a do jego skroni przystawiano chłodną lufę pistoletu. Eva zaliczała się do osób, których sny do normalnych nie należały, i w jednej chwili potrafiła sobie wyczarować skrzydła i czmychnąć. Wiele by dała, żeby tak działo się naprawdę, żeby kłopoty, które odwiecznie jej towarzyszyły, zniknęły, a ona mogłaby swobodnie zrezygnować z bycia zawodową niezdarą i kimś, kto wiecznie przyciąga kłopoty. Dzisiejszy dzień, nie zaczął się zbyt dobrze, co chyba nikogo już nie dziwło. Nie dość, że zaspała, a budzik zignorowała na tyle, że biedny telefon znalazł się pod łóżkiem z rozbitym ekranikiem, to jeszcze zaspana i zabiegana, rozczesała włosy szczoteczką do zębów; żeby było zabawniej - na tej szczoteczce była pasta. W takich momentach, stojąc przed lustrem i zastanawiając się, czy do buzi włożyłaby grzebień, miała dość i czuła się naprawdę bezradnie. Nienawidziła poranków, bo już wtedy mogła dojrzeć to, jak będzie wyglądał jej dzień. Ten zapowiadał się koszmarnie, ale nie przewidywała koszmaru rodem z Miasta Złodziei. Kiedy doprowadziła się do stanu, który mogła nazwać "znośnym", bez krzywienia się do swojego odbicia, spędziła parę przyjemnych godzin w prosektorium, pozwalając sobie na chwilę odprężenia. Niektórym mogłoby się wydawać to dziwne, ale Eva lubiła towarzystwo truposzy. Lubiła analizować każdy skrawek ich martwego ciała i jednego była pewna - nie zrobi im krzywdy, bo przecież trudno zabić trupa. Nie, żeby wątpiła w swoje umiejętności, ale nie bez powodu zrezygnowała z kariery chirurga - bała się o życie innych na tyle, że skalpel trzymany na żywym ciałem, wypadał jej z dłoni. Po skończonej pracy, bez żadnego wezwana do siedziby Sekcji, musiała załatwić parę spraw na mieści. Sklep, poczta, biblioteka i bank. Wizytę w banku odłożyła na koniec. Jęknęła tylko, kiedy jej oczom ukazało się jedno czynne okienko i kolejka na koniec świata! Stanęła za ciemnowłosą kobietą i zaczęła szukać w torebce telefonu, kiedy zdała sobie sprawę, że jest zepsuty. - Przepraszam... - delikatnie dźgnęła ją palcem w plecy. - Ja... To takie trochę głupie pytanie, ale czy ma pani telefon? Musiałabym zadzwonić do siostry, bo nie zdążę na czas, a dziecko nie może zostać same... - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się delikatnie. W tym też momencie do budynku, weszła czwórka mężczyzn. Zamaskowanych, co by było lepiej, ale Eva nawet nie zwróciła na nich uwagi, czekając na reakcję kobiety.
Tak jak się tego spodziewał, dojazd do mieszkania Tamary nie zajął mu dłużej niż dziesięć minut – tak właściwie, to zmieścił się w granicy siedmiu minut, kosząc po drodze parę trawników oraz łamiąc, co najmniej dwadzieścia przepisów drogowych, łącznie z tym, zakazującym jazdę pod prąd. Śpieszyło mu się, bardzo mu się śpieszyło. Nie miał bladego pojęcia, ile pozostało mu jeszcze czasu, nim… nim pewien gruziński szczur nie doprowadzi do krwawej tragedii. Już na samą myśl o tym, iż mógłby spóźnić się zaledwie o parę sekund, bielały mu knykcie, zaciśnięte nerwowo na kierownicy pędzącego samochodu. Zwolnił uścisk dłoni dopiero w chwili, gdy zaparkował na tyłach kamienicy, skąd otrzymał telefon alarmowy. W tej chwili nie zastanawiał się nawet, dlaczego to właśnie do niego zadzwoniła, dlaczego do tej pory nie wykasowała jego numeru…? Z pewnością przyjdzie mu się nad tym zastanowić odrobinę później, gdyż po wyskoczeniu z pojazdu, był zbyt pochłonięty próbą przedostania się do pobliskiego budynku. Skorzystał z głównego wejścia, jednakże po przekroczeniu progu kamienicy, znacznie zwolnił, zatrzymując się na trzech pierwszych stopniach schodów. Spojrzał na zegarek. Powoli dochodziła pierwsza w nocy. Policja otrzymała wezwanie zaledwie pięć minut temu, będą potrzebowali, co najmniej kolejnych dziesięciu, aby się zorganizować oraz stawić na miejscu. Sąsiedzi spali, światła były pogaszone… oprócz tych jednych, tlących się na korytarzu trzeciego piętra. Tam właśnie znajdował się jego cel. Tam znajdowała się Tamara. Przyklejony do chłodnej ściany klatki schodowej, pokonał bezszelestnie dwa piętra, przeskakując, co najmniej po trzy stopnie na raz. Był przekonany, iż oprawców było, co najmniej dwóch, z czego jednego, dość pokaźnego goryla dostrzegł kręcącego się nieopodal drzwi do mieszkania Tamary. Czedia, musiał znajdować się w środku, wraz z ciemnowłosą kobietą. A zatem prawdopodobne, iż tam również towarzyszyło wsparcie. Może jeden dodatkowy, może nawet dwóch goryli… A więc przeciwników było mniej więcej trzech lub czterech. Cóż… zawsze mogło być gorzej, czyż nie…? Mogłoby ich być w sumie dziesięciu, a to z pewnością powstrzymałoby Ro przed wyskoczeniem zza rogu korytarza, wprost na przechodzącego obok najemnika. Uciszenie jednego nie stanowiło większego problemu, ale już na przykład z trzema mógłby mieć drobne trudności. Gdy nieprzytomny osiłek osunął się cicho, z pomocą Ro, na miękki dywan, panicz Pearce zerknął powoli w stronę lekko uchylonych drzwi. Słyszał niewyraźne strzępki rozmowy, niemniej jednak nikt się nie poruszył. Dobrze, to oznaczało, iż miał przewagę. Zamierzał ją wykorzystać. No i naturalnie swe wsparcie w postaci naładowanego pistoletu również. Chwycił broń pewnie obydwiema dłońmi, powoli przechodząc nad cielskiem nieprzytomnego łotra, kierując się wprost ku wejściu do mieszkania panny Zajczik.
Podobno każdemu postrzałowi towarzyszył okrutny ból – ból tak ogromny, tak obezwładniający, iż ofiara zastygała bez ruchu, przez parę niemiłosiernie wydłużonych sekund rozpływając się w tym porażającym stanie odrętwienia. Roderick coś już na ten temat wiedział, choć miał w swym życiu na tyle szczęścia, iż jeszcze nigdy osobiście tego nie doświadczył. Zawsze znajdował się po tej drugiej stronie. Zawsze to właśnie on decydował, kiedy nacisnąć na spust, uwalniając gotowy do lotu pocisk. Zawsze, jako pierwszy, nigdy, jako ten drugi… bo gdyby był tym drugim, już teraz, zamiast cielska gruzińskiego bandyty na korytarzu leżałby on sam, z dziurą na wskroś klatki piersiowej. Po tylu latach nie czuł ani grozy, ani choćby cienia zawahania. Była tylko jedna prosta zasada rządząca tymi, którzy dzierżyli broń – albo ty, albo ja. Nie było innej opcji. Gdy ktoś w ciebie celuje, choć nawet jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jesteś, nie możesz się wycofać. Nie możesz, inaczej będzie to twój ostatni błąd w życiu. I na szczęście Ro doskonale o tym wiedział. Huk oraz błysk wystrzału nawet na moment nie pozbawiły go pewności siebie. Wiedział, iż prawdopodobnie pobudził wszystkich sąsiadów. Ale co zrobić, gdy duży, zły zbir odkrywa twą pozycję, gotów do bezzwłocznego wysłania cię w zaświaty? Możesz jedynie przeładować broń, licząc na to, iż już żaden więcej nie stanie na twej drodze. Niemniej jednak Roderick miał silne przeczucie, iż to jeszcze nie koniec atrakcji dzisiejszego wieczoru… - Mam nadzieję, iż to nie byli twoi przyjaciele… - Trzaśnięcie drzwiami, zduszone okrzyki, stukot, szuranie bosych stóp o stopnie schodów. To wszystko, i jeszcze więcej, działo się za plecami Pearce’a, gdy ten stanął w progu mieszkania Tamary, z wyciągniętą przed siebie bronią, wymierzoną wprost w głowę tęgiego, pomarszczonego mężczyzny, który najwyraźniej nie spodziewał się tu towarzystwa osamotnionego gliny z przypadku. - … chociaż nie. Tak naprawdę, mam to gdzieś. – Na wargach panicza Pearce odmalował się nad wyraz spokojny uśmiech, choć w jego błękitnych ślepiach tliły się wyraźnie widoczne ogniki podekscytowania. Dostrzegł pannę Zajczik, niemniej jednak nijak tego nie okazał. Nie mógł się dekoncentrować, a doskonale wiedział, iż jeśli zerknąłby w stronę ciemnowłosej kobiety o wiele dłużej niż powinien, źle by się to wszystko skończyło. - Opuść broń, unosząc ręce powoli do góry, a może nie odstrzelę ci tej parszywej gęby, nim nie deportują twojego tyłka z powrotem do Tbilisi.
Co więcej, oprócz imponowania w męskim świecie, zarówno Alex, jak i Tamara będą imponować na bardzo ambitnych zajęciach machania biodrami. Bo to chyba oczywiste, że byłyby najlepsze w grupie, prawda? Co do tego, nie powinno być najmniejszych wątpliwości. Szczególnie, kiedy wcześniej wypiją kilka głębszych, dla czystej odwagi, rzecz jasna. Będą stać z przodu, podkręcać muzyczkę i inne kobiety sukcesu będą brać przykład z tych oto dwóch dam. Życie jest piękne, ech. Alexandra nie rozumiała, jak papierosy mogą człowieka uspokajać. Ale pewnie brało się to stąd, że sama nie paliła i nie bardzo lubiła ten zapach. Kiedy jednak obserwowała ludzi, którzy palą dla odstresowania t zauważała tylko fakt, że wyciągali z paczki, coraz to nowego peta i potrafili tak machnąć paczkę za jednym razem. czy dzięki temu czuli się mniej zdenerwowani? Skąd. Co więcej, cali w stresie biegali do kioski po nowe opakowanie. Dlatego panienka Holmes byłaby raczej zwolenniczką picia melisy na uspokojenie. Albo wyładowania się na worku treningowym. o tak, taki worek mnóstwo dawał. Ale przecież nie czas i miejsce na dyskusje o szkodliwości palenia! Toż to dwie bohaterki były w iście śmiertelnym zagrożeniu. Grunt to myśleć pozytywnie, prawda? Co z tego, że Alex akurat dzisiaj nie miała przy sobie broni? Co z tego, że jej mocna prawa strona była unieruchomiona? Nadal mogła mieć w sobie pazura, prawda? A Tamara może i nie przechodziła trudnego szkolenia, ale przecież była kobietą, prawda? A kobiety potrafiły improwizować, o tak. Strzeżcie się mężczyźni! Panienka Holmes miała dziwny nawyk opiekować się ludźmi, którzy nie posiadali podobnej profesji, co ona. Co z tego, że bez butów na obcasie, a w zwykłych trampkach, Alex była nieco niższa od Tamary? I tak wolała stanąć trochę przed nią, by chociaż duchowo ją zasłonić. - A może tak wrócisz do środka i zobaczysz, czy ciebie tam nie ma? - Alexandra starała się zachować poważny wygląd twarzy i nie okazać chociażby najmniejszej słabości. To dodawało chociaż trochę pewności siebie i pokazywało przeciwnikowi, że nie jest zagubiona i wystraszona. Co z tego, że w serduszku widziała marne szanse? Alex Holmes
[Wybacz, że tak późno i faktycznie, pozwolę sobie nieco to skrócić, bo pisanie takich długaśnych komentarzy, może być męczące, a wątek będzie stał w miejscu :(]
O, o wizycie w SPA i panienka Smith powinna pomyśleć, bo przecież worków pod oczami, które wraz z przybywającymi latami stawały się coraz bardziej widoczne, zwykłą maseczką nie mogła zlikwidować, a kilka zabiegów pielęgnacyjnych jej wcale nie zabije, prawda? No, nie mogło umknąć oczom Evci, że nieznajoma wyglądała niezwykle promiennie, taka odświeżona, kobieca i naturalna. Wiele by dała, żeby tak się prezentować, i gdyby tylko miała możliwość, aby dowiedzieć się, że to zasługa SPA i kilku sprawnych par dłoni - wybrałaby się do takiego miejsca od razu, z marszu, bez głębszego zastanawiania się nad wszystkim, co miała jeszcze do zrobienia. Odetchnęła z uśmiechem, kiedy kobieta przystała na jej prośbę i nawet zajęła się jej spełnianiem - Eva zrozumiała, że nieznajoma poszukuje teraz telefonu, który miał ją uratować. Widząc zgrabny aparacik w dłoni Tamary, wyciągnęła rękę, posyłając jej jeden ze swoich, naprawdę promiennych, uśmiechów, ale zatrzymała dłoń w powietrzu, rozchylając lekko usta i spoglądając na ciemnowłosą z pewnym niedowierzaniem. - Nie? Ale to tylko niecała minuta rozmowy... - mruknęła. - Mogę nawet zapłacić, to nie będzie problem - szybko sięgnęła do torebki, orientując się jednak, że coś jest nie tak. Wszystkie rozmowy w banku umilkły, ludzie zamarli w miejscu, ktoś zaczął łkać, jeszcze ktoś inny padł na kolana i chyba się modlił. Eva miała wrażenie, że trafiła do wariatkowa, jednak jakiś zmysł, kazał jej cofnąć dłonie od torebki i znieruchomieć. - Nie ruszać się! - obcy, ostry i wyraźnie męski głos przeszył powietrze. Smith napinała teraz wszystkie mięśnie do granic wytrzymałości, stojąc twarzą w twarz z Tamarą i ani myślała, żeby obrócić się do tyłu. - Czy za mną są rabusie? - spytała cicho. Jej wypowiedzieć przerwało głośne "wszyscy na kolana" i zdała sobie sprawę, że rabusie, to zbyt lekkie słowo. Była w środku pieprzonej apokalipsy.
[Uderzyłaś w tę bardziej medyczną stronę mojej natury, masz farta. Ja zwykle stosuję gambit hetmański, bo bardzie wytrąca przeciwnika z równowagi. Ale wymyślę ten wątek. Tym bardziej, że nie spodziewałam się tego "czajenia". A miałam już nadzieję, że nie muszę zmieniać nicku, bo po takim czasie od zamknięcia Grupowa nikt już o mnie nie pamięta. Dzisiaj czeka mnie jeszcze wyprawa krzyżowa, więc zaraz się zbieram i zacząć - nie zacznę. Ale mogę rzucić pomysłem, to lubię robić. I lubię dziwaczne fabuły. Na ile mi wiadomo, przed Wielkanocą robi się zwykle porządki biurowe. Zwykle w tym okresie napataczają się różne komisji. Co prawda nie wiem, kto we własnej osobie musiałby się zjawić, żeby grzebać w papierach sekcji SEAL, ale porządki i tak trzeba zrobić. Także Serge pod pretekstem tychże porządków przegrzebuje archiwum antropologii aż wreszcie znajduje sprawę, która wzbudza jego ciekawość. I każe sobie przysłać tłumaczkę "serbskiego albo innego narzecza pasterzy kóz", żeby rozwiązywać zagadkę sprzed piętnastu lat.] Serge Bellard
Najgorszy koszmar strzelca wyborowego…? Żywa tarcza. W swej kilkuletniej, wojskowej karierze Roderick miał już parokrotnie do czynienia z podobnymi aktami desperacji, z których najczęściej, ani cel, ani przypadkowa ofiara, nie wychodziły obronną ręką. Pal licho te amerykańskie, propagandowe filmy, w których taki obrót sprawy był jedynie ekscytującym dodatkiem do ogólnej fabuły, mającym na celu udowodnić widzom nieprawdopodobne umiejętności strzeleckie głównego bohatera. Stek bzdur – rzeczywistość niemal w ogóle nie pokrywała się z bujną wyobraźnią scenarzystów. Panicz Pearce już coś o tym wiedział… i za moment miał również doświadczyć na swej własnej skórze. Zaciskając mocniej palce na chłodnej rękojeści pistoletu, naprawdę szczerze pragnął, aby to wszystko skończyło się tak jak w tych głupich filmach. On wystrzeli, trafiając centralnie w czoło zamachowca, a uciśniona zakładniczka wpadnie mu prosto w ramiona, wdzięczna za ocalenie życia. Niestety, Ro wątpił, aby mógł to rozegrać w tak widowiskowy sposób. Przede wszystkim sam przestępca nie dawał mu większych szans na celne oddanie strzału. Zaur Czedia zdawał się doskonale wyczuwać intencje panicza Pearce – jak na złość scalił się z sylwetką ciemnowłosej kobiety niemal jak cień, pozostawiając jedynie niewielkie, odsłonięte skrawki ciała, mogące posłużyć za ewentualny cel… gdyby tylko Ro nie obchodziło to, iż mógłby zranić pannę Zajczik. -… to bez sensu. –Poczuł suchość w gardle, przełykając powoli ślinę. –To wszystko skończy się, nim zdążysz cokolwiek postanowić. Opuść broń, unieś ręce do góry… Puść dziewczynę. –Dziewczynę? W jego własnych ustach zabrzmiało to wręcz groteskowo, a przecież panicz Pearce doskonale zdawał sobie sprawę z tego, ile ta dziewczyna niegdyś dla niego znaczyła. Na szczęście, do rozważania czasu teraźniejszego nie miał w tej chwili głowy, gdyż inaczej szlag trafiłby całą jego skupienie. Wpatrywał się w migoczące zza ciemnej czupryny Tamary ślepia gruzińskiego szmuglera, widząc w nich zarówno chłodne wyrachowanie jak i zwykłą, ludzką panikę. Panikę, która miała swe uzasadnienie nie tylko w braku wsparcia oraz niezapowiedzianym towarzystwie panicza Pearce, ale także z sekundy na sekundę, co raz to donośniejszego wycia policyjnych syren. Kawaleria już nadciągała, pętla na szyi Gruzina powoli i niemiłosiernie zaciskała się, uświadamiając mu, iż znajduje się niczym zwierzę w potrzasku. Roderick wiedział, iż tym bardziej nie mógł sobie pozwolić na żaden błąd.
Powoli zaczynał odczuwać zmęczenie – zmęczenie tym padalcem i jego parszywymi groźbami. Powietrze w pomieszczeniu zgęstniało do tego stopnia, iż panicz Pearce odczuł na swych plecach pierwszą falę nagłego, gwałtownego gorącą, która po niespełna paru sekundach prześlizgnęła mu się wprost na napięte do granic możliwości ramiona. Dopiero po pewnym czasie zorientował się, z jak ogromną siłą zaciska palce na rękojeści pistoletu, który mimo naporu ze strony swego właściciela, nie drgnął ani o milimetr, nawet w chwili, gdy Ro miał ochotę wybuchnąć szczerym śmiechem, słysząc niedorzeczne żądania Gruzina. On miał na to wszystko przystać? Bez mrugnięcia okiem poddać się, oddając mu broń? Puścić go, wierząc na słowo, iż Tamarze nie spadnie włos z głowy? Czasem nawet tak wyrachowani przestępcy pletli trzy po trzy. Wystarczyło zapędzić takiego w kozi róg, a wtedy najczęściej tracił zimną krew i zaczynali bredzić. Ro nie zamierzał negować, iż nieobliczalni kryminaliści byli najgorszymi z możliwych kryminalistów… ale po nieskładnych reakcjach Zaura widział, iż Gruzin zaczyna tracić kontrolę nie tylko nad sobą, ale też nad całą sytuacją. Zwyczajnym grzechem byłoby tego nie wykorzystać… -Nie lubię się powtarzać… -Warknął mimowolnie. Ani myślał spuszczać z tonu, dostosowując się do żądań tego plugawego imigranta. I w żadnym wypadku nie zamierzał dawać sobą pomiatać. Gdy ciemnowłosy mężczyzna uniósł głos, Roderick wyczuł odpowiednią chwilę do podjęcia tego jedynego, chyba najbardziej słusznego kroku. To była zaledwie chwila, wcześniejsze obawy poszły w zapomnienie. Przez parę sekund nie czuł nic, poza chropowatą fakturą własnej broni, której słodki ciężar znał aż nadto dobrze, aby mógł się teraz pomylić. Przez parę sekund wcześniejsze wątpliwości zasłoniła ciemna kotara pewności siebie oraz latami wyrabianej precyzji. To był ten jedyny moment, złota chwila, której żaden szanujący się strzelec wyborowy nie odważyłby się zmarnować. Jeden błąd Gruzina zadecydował o bezpardonowym naciśnięciu spustu, w chwili, gdy ten wychylił się zaledwie parę centymetrów w bok, dając się ponieść własnym emocjom. Ten błąd bardzo drogo go kosztował. Nie minęła nawet jedna sekunda, gdy po huku wystrzału, z okolicy szyi Zaura trysnęła szkarłatna strużka krwi. Pocisk trafił wprost do celu, szybko pozbawiając ciemnowłosego mężczyzny władzy w nogach. Gruzin, osuwając się na posadzkę, chyba jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się z nim stało. Roderick natomiast, z niebywałym spokojem, powoli opuścił lufę pistoletu, spoglądając na postrzelonego z zaciętym wyrazem twarzy, który mógł sugerować, iż właśnie takiego zakończenia się spodziewał. Nie zamierzał jednak pławić się zwycięstwem, zmieniając zdanie na temat głupich scenariuszy filmów akcji. Po raz pierwszy od swego przybycia, skupił na dłużej spojrzenie błękitnych ślepi na obliczy panny Zajczik… obliczu pokrytym pojedynczymi kropelkami krwi. Dopiero wówczas poczuł nieznośny uścisk w okolicy własnego żołądka…
Panicz Pearce powinien był przewidzieć podobny obrót sprawy – powinien był pamiętać, iż nie każdy, w przeciwieństwie do niego samego, miał okazję spotykać się z nieboszczykami różnej maści; iż nie każdy wiódł życie w towarzystwie słodkiej adrenaliny; iż nie każdy bywał przyzwyczajony do nocnych strzelanin i widoku krwi. Tamara z pewnością nie miała z tym wszystkim nic do czynienia, dlatego widok powoli tracącej przytomność, ciemnowłosej kobiety, nie zaskoczył go. Ba, on się właśnie tego spodziewał. Zdążył jedynie zabezpieczyć broń, nim nie doskoczył do panny Zajczik, chroniąc jej skołataną głowę przed spotkaniem trzeciego stopnia z twardą posadzką salonu. Złapawszy kobietę niemal tuż nad parkietem, sam znalazł się na kolanach, tuż obok zakrwawionego Gruzina. Żył. Roderick czuł na sobie jego wzrok. Wytrzeszczone ze strachu oczy mężczyzny wpatrywały się w niego z niebywałym uporem. Zupełnie tak, jakby pragnęły zostać za wszelką cenę zapamiętane. Niemniej jednak, dla panicza Pearce nie miały one pierwszorzędnego znaczenia. Obejmując Tamarę, oparł jej ciemną czuprynę tuż obok zagłębienia szyi, w tym samym czasie, drugą wolną ręką powoli chowając pistolet do przyczepionej do paska spodni kabury. Ponownie odczuł zmęczenie. Dopiero teraz, dotarło do niego, jak niebezpieczna była cała ta sytuacja, jak niewiele brakowało, aby to właśnie panna Zajczik leżała tam gdzie teraz leżał zakrwawiony Gruzin. Roderick nawet nie miał ochoty o tym rozmyślać. Na szczęście nawet nie musiał, gdyż w tej samej chwili, do środka mieszkania wpadła horda policjantów, a po chwili, tuż za nimi zjawili się zaalarmowani medycy. Później wszystko potoczyło się niemal tak jak nakazywał protokół. Sanitariusze zajęli się rannymi zbirami, policjanci powoli zaczęli zabezpieczać miejsce zdarzenia… a Ro, kierując się uwagami jednego z lekarzy, bez słowa wyniósł z mieszkania nieprzytomną Tamarę. Gdy wydostali się z budynku, Roderick dostrzegł wokół kamienicy mnóstwo gapiów, w tym wyraźnie wystraszonych sąsiadów panny Zajczik. Ubrani w szlafroki i pidżamy, nie mieli oni bladego pojęcia, co też właśnie zaszło i dlaczego w środku nocy musieli oni uciekać przed strzałami we własnych domach. Panicz Pearce doskonale rozumiał ich strach, jednak to nie do jego obowiązków należało wyjaśnienie im całego tego zajścia. Skupił się na bezpiecznym doniesieniu Tamary do jednej z zaparkowanych nieopodal karetek. Wiedział, iż życiu ciemnowłosej kobiety nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo, jednak na wszelki wypadek należało oddać ją w ręce specjalistów. Medycy szybko ułożyli pannę Zajczik na noszach wewnątrz pojazdu, po chwili odjeżdżając w stronę najbliższego szpitala. Ro nie zabrał się z nimi. Choć miał ogromną ochotę, podświadomie czuł, iż to już nie było miejsce dla niego, a poza tym, chciał zostać i doprowadzić tą sprawę do końca. Zeszło mu się z tym około trzech godzin. Składanie zeznań, rozmowy ze śledczymi, parę telefonów do przełożonych… gdy w końcu zwolniono Rodericka do domu, ten był wycieńczony. Bardziej nerwowo, niż fizycznie. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak też to całe zajście mocno się na nim odbiło, dopóki nie zamknął za sobą drzwi samochodu, układając dłonie na chłodnej kierownicy chevroleta, a wokół zapadła niczym niezmącona, błoga cisza. Przez moment, może dłużej, siedział tak w kompletnym bezruchu, nim mimowolnie nie przekręcił kluczyków w stacyjce, odpadając silnik pojazdu. Powinien był jechać do domu, odpocząć, uporządkować myśli… a więc, dlaczego wybrał trasę prowadzącą prosto do szpitala…?
Zarówno ulice Lawrence jak i śnieżnobiałe korytarze miejskiego szpitala wydawały się być zupełnie wyludnione. Nic dziwnego, skoro na wszystkich zegarach widniała godzina czwarta nad ranem. O tej porze normalni ludzie smacznie spali, ani myśląc o tak wczesnej pobudce. Od niespełna godziny, sam Roderick również powinien leżeć grzecznie we własnym łóżeczku, jednak dziwnym zrządzeniem losu, ominął znaną sobie trasę do domu, na rzecz szpitalnego parkingu. Po zgaszeniu silnika siedział w samochodzie z dobrych pięć minut, nim wreszcie nie zdecydował się wysiąść. Nie, nie przyjechał tu z powodu odniesionych ran. Był zdrów jak ryba, będący na miejscu sanitariusze zdążyli to już potwierdzić. Przybył tu z zupełnie innych pobudek, których powinien był się wyzbyć już dawno, dawno temu. Kierując się w stronę głównego wejścia do szpitala, a później ku siedzącej w recepcji, dyżurnej pielęgniarce, wyrzucał sobie w myślach własną głupotę. Może i nie było w tym nic dziwnego, iż jako bezpośrednio zaangażowany w sprawę uczestnik wydarzeń miał prawo interesować się stanem zdrowia drugiej poszkodowanej… ale jako dorosły mężczyzna powinien był zaczekać chociaż do popołudniowych godzin odwiedzin, a nie świecić odznaką przed zdumionym obliczem pielęgniarki, o godzinie czwartej nad ranem. Na to, bez skrupułów, mógłby sobie pozwolić parę lat temu, gdy… no właśnie, gdy panna Zajczik była dla niego kimś więcej, niż tylko znajomą z pracy. Teraz sytuacja między nimi była tak skomplikowana, iż towarzyszące mu rozdarcie, zaczynało powoli wpływać na jasność jego umysłu. Powinien był się powstrzymać, przed przyjazdem tutaj. Niestety, łatwiej powiedzieć niż zrobić, dlatego obecnie maszerował powoli wzdłuż pustego, słabo oświetlonego korytarza, wodząc wzrokiem po tabliczkach z numerkami sal. Gdy wreszcie dotarł pod drzwi pokoju dwieście siedemnaście, przystanął na chwilę, wpatrując się bez większego przekonania w metalową klamkę. Wejść, nie wejść…? Pewnie spała, nafaszerowana lekami uspokajającymi. Tylko by przeszkadzał… a jednak dotarł aż tutaj, grzechem byłoby chociażby nie zerknąć. No i zerknął. A nawet bardziej niż zerknął. Nacisnął na klamkę, powoli uchylając drzwi. Wsunął powoli jedną stopę, później drugą, dopiero na końcu pozwalając reszcie swego ciała wkroczyć do małej, pojedynczej salki, z buczącymi urządzeniami monitorującymi stan zdrowia pacjenta, usypiającymi skuteczniej niż dudnienie deszczu o szyby okna. Tamara leżała bez ruchu, odwrócona plecami do wejścia, spała. Dzięki Bogu, przemknęło mu przez myśl. Nie był pewny, jak zareagowałaby na jego widok, zwłaszcza po tym, czego dzisiaj była świadkiem. Mimowolnie zerkną kątem oka na zabezpieczoną broń, schowaną w kaburze przy pasku spodni. Mimowolnie też zakrył ją szczelniej skórzaną kurtką. Tak jakby się trochę wstydził tego, iż ciągle miał ją przy sobie. Jakby się wstydził, iż ona może go z nią przyłapać… Westchnął cicho w myślach, czując nieprzyjemny ucisk w okolicach skroni. Za dużo niepotrzebnych myśli, zbyt mało zasłużonego odpoczynku. Upewnił się, iż nic jej nie jest. Dobrze, teraz może już zniknąć.
[Cześć, cześć, cześć. Tym razem obiecuję zacząć wątek, raz, raz. Tylko powiedz mi, czy nadal jesteś zainteresowana tym napadem w banku? :)]
OdpowiedzUsuń[Heej ;D kontynuujemy nasz wątek czy zaczynamy coś nowego? ;)]
OdpowiedzUsuńAlex Holmes
[Haha, maturzyści, łączmy się ;D a Tamara lubi LOTRa, tak jak ty? Bo może dziewczyny spotkałyby się na jakimś maratonie na przykład czy coś? ;)]
OdpowiedzUsuń[a masz jakiś pomysł, skąd mogłyby się znać?]
OdpowiedzUsuńZaur Czedia - gruzińskie nazwisko, które jeszcze niespełna tydzień temu było dla panicza Pearce’a kompletnie obce. Aż do dzisiaj. Podejrzany o handel żywym towarem, wymuszenia, haracze, zlecenia zabójstwa… a na osobistych egzekucjach kończąc. W swych ojczystych stronach prawdziwa szycha, natomiast tu, w Stanach Zjednoczonych, powoli stawiał pierwsze kroki, pragnąc rozprzestrzenić swój nielegalny biznes. Im Ro bardziej zagłębiał się w zebrane dane na temat Czedia, tym silniej odczuwał nieprzyjemne skurcze, gdzieś w okolicach żołądka… i chyba nawet własnego serca. Ogarnął go dziwny stan odrętwienia… ale na szczęście, jedynie na dwie, może trzy sekundy. Tyle wystarczyło, aby odpowiednie trybiki w jego mózgu zadziałały, zmuszając go do natychmiastowej reakcji. Wystrzelił z gabinetu, niczym z procy, dopadłszy najbliższą widne. Zapomniał już, iż zaledwie parę dni temu niemal nie stracił w niej życia. W tej chwili nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Tamara była w niebezpieczeństwie. Słyszał to. Słyszał wszystko, co się tam działo, i naprawdę z wielkim trudem powstrzymywał się przed wywrzaśnięciem na głos szpetnego przekleństwa, a tym samym spaleniem swej przykrywki. Musiał zachować spokój oraz trzeźwy umysł. Nawet, jeśli Czedia ośmielił się podnieść rękę na pannę Zajczik, tok myślenia typowego Agenta Specjalnego podpowiadał mu, iż zwykłe uderzenie w twarz z pewnością jej nie zabije. Co innego, jeśli chodzi o tą typowo męską część umysłu… Tu już nie było tak kolorowo. Na szczęście Ro nie był kimś, kto łatwo ulegał emocjom w sytuacjach poważnego zagrożenia życia. Choć te były silne, zręcznie odsunął je na bok, na pierwszym miejscu stawiając przede wszystkim zdrowy rozsądek. A ten mógł działać, dzięki podpowiedziom Tamary, odnośnie miejsca jej zamieszkania. Wyskakując z windy do podziemnego parkingu Ro już wiedział, gdzie ma jechać. To tylko 10 minut drogi. I wcale nie najtrudniejsze będzie dotarcie tam na czas, a… zwykłe rozłączenie się. Nie mógł jechać i równocześnie mieć włączoną rozmowę. Hałas, jaki stwarzał rozpędzony pojazd mógł wszystko zaprzepaścić. Tak, więc, gdy wsiadł już do swego czarnego Chevroleta, powoli odsunął od ucha komórkę, naciskając czerwony guzik. Przerwał połączenie. Natychmiast jednak, po uruchomieniu silnika, wykręcił numer na policję, a później, licząc się z tym, iż być może będzie miał zagwarantowane wsparcie, wyjechał z piskiem opon z podziemnego garażu, licząc w myślach ilość naboi w wetkniętej za paskiem, służbowej broni.
OdpowiedzUsuń[Dokładnie o taki chodziło ;) mam odpisywać na twój ostatni komentarz czy coś nowego wymyślamy? :)]
OdpowiedzUsuńAlex Holmes
[Uwielbiam twoją kartę. Tak ładnie zrobiona i ładnie napisana, i będę się nią zachwycać, o. Proszę też o to, żebyś nie przeraziła się jakością tego na dole...]
OdpowiedzUsuńChyba każdy miewał sny, w których był bohaterem, w których ratował ludzi, a także w których bywał ofiarą, a do jego skroni przystawiano chłodną lufę pistoletu. Eva zaliczała się do osób, których sny do normalnych nie należały, i w jednej chwili potrafiła sobie wyczarować skrzydła i czmychnąć. Wiele by dała, żeby tak działo się naprawdę, żeby kłopoty, które odwiecznie jej towarzyszyły, zniknęły, a ona mogłaby swobodnie zrezygnować z bycia zawodową niezdarą i kimś, kto wiecznie przyciąga kłopoty.
Dzisiejszy dzień, nie zaczął się zbyt dobrze, co chyba nikogo już nie dziwło. Nie dość, że zaspała, a budzik zignorowała na tyle, że biedny telefon znalazł się pod łóżkiem z rozbitym ekranikiem, to jeszcze zaspana i zabiegana, rozczesała włosy szczoteczką do zębów; żeby było zabawniej - na tej szczoteczce była pasta. W takich momentach, stojąc przed lustrem i zastanawiając się, czy do buzi włożyłaby grzebień, miała dość i czuła się naprawdę bezradnie. Nienawidziła poranków, bo już wtedy mogła dojrzeć to, jak będzie wyglądał jej dzień. Ten zapowiadał się koszmarnie, ale nie przewidywała koszmaru rodem z Miasta Złodziei.
Kiedy doprowadziła się do stanu, który mogła nazwać "znośnym", bez krzywienia się do swojego odbicia, spędziła parę przyjemnych godzin w prosektorium, pozwalając sobie na chwilę odprężenia. Niektórym mogłoby się wydawać to dziwne, ale Eva lubiła towarzystwo truposzy. Lubiła analizować każdy skrawek ich martwego ciała i jednego była pewna - nie zrobi im krzywdy, bo przecież trudno zabić trupa. Nie, żeby wątpiła w swoje umiejętności, ale nie bez powodu zrezygnowała z kariery chirurga - bała się o życie innych na tyle, że skalpel trzymany na żywym ciałem, wypadał jej z dłoni.
Po skończonej pracy, bez żadnego wezwana do siedziby Sekcji, musiała załatwić parę spraw na mieści. Sklep, poczta, biblioteka i bank. Wizytę w banku odłożyła na koniec. Jęknęła tylko, kiedy jej oczom ukazało się jedno czynne okienko i kolejka na koniec świata! Stanęła za ciemnowłosą kobietą i zaczęła szukać w torebce telefonu, kiedy zdała sobie sprawę, że jest zepsuty.
- Przepraszam... - delikatnie dźgnęła ją palcem w plecy. - Ja... To takie trochę głupie pytanie, ale czy ma pani telefon? Musiałabym zadzwonić do siostry, bo nie zdążę na czas, a dziecko nie może zostać same... - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się delikatnie. W tym też momencie do budynku, weszła czwórka mężczyzn. Zamaskowanych, co by było lepiej, ale Eva nawet nie zwróciła na nich uwagi, czekając na reakcję kobiety.
Ev
Tak jak się tego spodziewał, dojazd do mieszkania Tamary nie zajął mu dłużej niż dziesięć minut – tak właściwie, to zmieścił się w granicy siedmiu minut, kosząc po drodze parę trawników oraz łamiąc, co najmniej dwadzieścia przepisów drogowych, łącznie z tym, zakazującym jazdę pod prąd. Śpieszyło mu się, bardzo mu się śpieszyło. Nie miał bladego pojęcia, ile pozostało mu jeszcze czasu, nim… nim pewien gruziński szczur nie doprowadzi do krwawej tragedii. Już na samą myśl o tym, iż mógłby spóźnić się zaledwie o parę sekund, bielały mu knykcie, zaciśnięte nerwowo na kierownicy pędzącego samochodu. Zwolnił uścisk dłoni dopiero w chwili, gdy zaparkował na tyłach kamienicy, skąd otrzymał telefon alarmowy. W tej chwili nie zastanawiał się nawet, dlaczego to właśnie do niego zadzwoniła, dlaczego do tej pory nie wykasowała jego numeru…? Z pewnością przyjdzie mu się nad tym zastanowić odrobinę później, gdyż po wyskoczeniu z pojazdu, był zbyt pochłonięty próbą przedostania się do pobliskiego budynku. Skorzystał z głównego wejścia, jednakże po przekroczeniu progu kamienicy, znacznie zwolnił, zatrzymując się na trzech pierwszych stopniach schodów. Spojrzał na zegarek. Powoli dochodziła pierwsza w nocy. Policja otrzymała wezwanie zaledwie pięć minut temu, będą potrzebowali, co najmniej kolejnych dziesięciu, aby się zorganizować oraz stawić na miejscu. Sąsiedzi spali, światła były pogaszone… oprócz tych jednych, tlących się na korytarzu trzeciego piętra. Tam właśnie znajdował się jego cel. Tam znajdowała się Tamara. Przyklejony do chłodnej ściany klatki schodowej, pokonał bezszelestnie dwa piętra, przeskakując, co najmniej po trzy stopnie na raz. Był przekonany, iż oprawców było, co najmniej dwóch, z czego jednego, dość pokaźnego goryla dostrzegł kręcącego się nieopodal drzwi do mieszkania Tamary. Czedia, musiał znajdować się w środku, wraz z ciemnowłosą kobietą. A zatem prawdopodobne, iż tam również towarzyszyło wsparcie. Może jeden dodatkowy, może nawet dwóch goryli… A więc przeciwników było mniej więcej trzech lub czterech. Cóż… zawsze mogło być gorzej, czyż nie…? Mogłoby ich być w sumie dziesięciu, a to z pewnością powstrzymałoby Ro przed wyskoczeniem zza rogu korytarza, wprost na przechodzącego obok najemnika. Uciszenie jednego nie stanowiło większego problemu, ale już na przykład z trzema mógłby mieć drobne trudności. Gdy nieprzytomny osiłek osunął się cicho, z pomocą Ro, na miękki dywan, panicz Pearce zerknął powoli w stronę lekko uchylonych drzwi. Słyszał niewyraźne strzępki rozmowy, niemniej jednak nikt się nie poruszył. Dobrze, to oznaczało, iż miał przewagę. Zamierzał ją wykorzystać. No i naturalnie swe wsparcie w postaci naładowanego pistoletu również. Chwycił broń pewnie obydwiema dłońmi, powoli przechodząc nad cielskiem nieprzytomnego łotra, kierując się wprost ku wejściu do mieszkania panny Zajczik.
OdpowiedzUsuńPodobno każdemu postrzałowi towarzyszył okrutny ból – ból tak ogromny, tak obezwładniający, iż ofiara zastygała bez ruchu, przez parę niemiłosiernie wydłużonych sekund rozpływając się w tym porażającym stanie odrętwienia. Roderick coś już na ten temat wiedział, choć miał w swym życiu na tyle szczęścia, iż jeszcze nigdy osobiście tego nie doświadczył. Zawsze znajdował się po tej drugiej stronie. Zawsze to właśnie on decydował, kiedy nacisnąć na spust, uwalniając gotowy do lotu pocisk. Zawsze, jako pierwszy, nigdy, jako ten drugi… bo gdyby był tym drugim, już teraz, zamiast cielska gruzińskiego bandyty na korytarzu leżałby on sam, z dziurą na wskroś klatki piersiowej. Po tylu latach nie czuł ani grozy, ani choćby cienia zawahania. Była tylko jedna prosta zasada rządząca tymi, którzy dzierżyli broń – albo ty, albo ja. Nie było innej opcji. Gdy ktoś w ciebie celuje, choć nawet jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jesteś, nie możesz się wycofać. Nie możesz, inaczej będzie to twój ostatni błąd w życiu. I na szczęście Ro doskonale o tym wiedział. Huk oraz błysk wystrzału nawet na moment nie pozbawiły go pewności siebie. Wiedział, iż prawdopodobnie pobudził wszystkich sąsiadów. Ale co zrobić, gdy duży, zły zbir odkrywa twą pozycję, gotów do bezzwłocznego wysłania cię w zaświaty? Możesz jedynie przeładować broń, licząc na to, iż już żaden więcej nie stanie na twej drodze. Niemniej jednak Roderick miał silne przeczucie, iż to jeszcze nie koniec atrakcji dzisiejszego wieczoru…
OdpowiedzUsuń- Mam nadzieję, iż to nie byli twoi przyjaciele… - Trzaśnięcie drzwiami, zduszone okrzyki, stukot, szuranie bosych stóp o stopnie schodów. To wszystko, i jeszcze więcej, działo się za plecami Pearce’a, gdy ten stanął w progu mieszkania Tamary, z wyciągniętą przed siebie bronią, wymierzoną wprost w głowę tęgiego, pomarszczonego mężczyzny, który najwyraźniej nie spodziewał się tu towarzystwa osamotnionego gliny z przypadku. - … chociaż nie. Tak naprawdę, mam to gdzieś. – Na wargach panicza Pearce odmalował się nad wyraz spokojny uśmiech, choć w jego błękitnych ślepiach tliły się wyraźnie widoczne ogniki podekscytowania. Dostrzegł pannę Zajczik, niemniej jednak nijak tego nie okazał. Nie mógł się dekoncentrować, a doskonale wiedział, iż jeśli zerknąłby w stronę ciemnowłosej kobiety o wiele dłużej niż powinien, źle by się to wszystko skończyło.
- Opuść broń, unosząc ręce powoli do góry, a może nie odstrzelę ci tej parszywej gęby, nim nie deportują twojego tyłka z powrotem do Tbilisi.
Co więcej, oprócz imponowania w męskim świecie, zarówno Alex, jak i Tamara będą imponować na bardzo ambitnych zajęciach machania biodrami. Bo to chyba oczywiste, że byłyby najlepsze w grupie, prawda? Co do tego, nie powinno być najmniejszych wątpliwości. Szczególnie, kiedy wcześniej wypiją kilka głębszych, dla czystej odwagi, rzecz jasna. Będą stać z przodu, podkręcać muzyczkę i inne kobiety sukcesu będą brać przykład z tych oto dwóch dam. Życie jest piękne, ech.
OdpowiedzUsuńAlexandra nie rozumiała, jak papierosy mogą człowieka uspokajać. Ale pewnie brało się to stąd, że sama nie paliła i nie bardzo lubiła ten zapach. Kiedy jednak obserwowała ludzi, którzy palą dla odstresowania t zauważała tylko fakt, że wyciągali z paczki, coraz to nowego peta i potrafili tak machnąć paczkę za jednym razem. czy dzięki temu czuli się mniej zdenerwowani? Skąd. Co więcej, cali w stresie biegali do kioski po nowe opakowanie. Dlatego panienka Holmes byłaby raczej zwolenniczką picia melisy na uspokojenie. Albo wyładowania się na worku treningowym. o tak, taki worek mnóstwo dawał.
Ale przecież nie czas i miejsce na dyskusje o szkodliwości palenia! Toż to dwie bohaterki były w iście śmiertelnym zagrożeniu.
Grunt to myśleć pozytywnie, prawda? Co z tego, że Alex akurat dzisiaj nie miała przy sobie broni? Co z tego, że jej mocna prawa strona była unieruchomiona? Nadal mogła mieć w sobie pazura, prawda? A Tamara może i nie przechodziła trudnego szkolenia, ale przecież była kobietą, prawda? A kobiety potrafiły improwizować, o tak. Strzeżcie się mężczyźni!
Panienka Holmes miała dziwny nawyk opiekować się ludźmi, którzy nie posiadali podobnej profesji, co ona. Co z tego, że bez butów na obcasie, a w zwykłych trampkach, Alex była nieco niższa od Tamary? I tak wolała stanąć trochę przed nią, by chociaż duchowo ją zasłonić.
- A może tak wrócisz do środka i zobaczysz, czy ciebie tam nie ma? - Alexandra starała się zachować poważny wygląd twarzy i nie okazać chociażby najmniejszej słabości. To dodawało chociaż trochę pewności siebie i pokazywało przeciwnikowi, że nie jest zagubiona i wystraszona. Co z tego, że w serduszku widziała marne szanse?
Alex Holmes
[Wybacz, że tak późno i faktycznie, pozwolę sobie nieco to skrócić, bo pisanie takich długaśnych komentarzy, może być męczące, a wątek będzie stał w miejscu :(]
OdpowiedzUsuńO, o wizycie w SPA i panienka Smith powinna pomyśleć, bo przecież worków pod oczami, które wraz z przybywającymi latami stawały się coraz bardziej widoczne, zwykłą maseczką nie mogła zlikwidować, a kilka zabiegów pielęgnacyjnych jej wcale nie zabije, prawda? No, nie mogło umknąć oczom Evci, że nieznajoma wyglądała niezwykle promiennie, taka odświeżona, kobieca i naturalna. Wiele by dała, żeby tak się prezentować, i gdyby tylko miała możliwość, aby dowiedzieć się, że to zasługa SPA i kilku sprawnych par dłoni - wybrałaby się do takiego miejsca od razu, z marszu, bez głębszego zastanawiania się nad wszystkim, co miała jeszcze do zrobienia.
Odetchnęła z uśmiechem, kiedy kobieta przystała na jej prośbę i nawet zajęła się jej spełnianiem - Eva zrozumiała, że nieznajoma poszukuje teraz telefonu, który miał ją uratować. Widząc zgrabny aparacik w dłoni Tamary, wyciągnęła rękę, posyłając jej jeden ze swoich, naprawdę promiennych, uśmiechów, ale zatrzymała dłoń w powietrzu, rozchylając lekko usta i spoglądając na ciemnowłosą z pewnym niedowierzaniem.
- Nie? Ale to tylko niecała minuta rozmowy... - mruknęła. - Mogę nawet zapłacić, to nie będzie problem - szybko sięgnęła do torebki, orientując się jednak, że coś jest nie tak.
Wszystkie rozmowy w banku umilkły, ludzie zamarli w miejscu, ktoś zaczął łkać, jeszcze ktoś inny padł na kolana i chyba się modlił. Eva miała wrażenie, że trafiła do wariatkowa, jednak jakiś zmysł, kazał jej cofnąć dłonie od torebki i znieruchomieć.
- Nie ruszać się! - obcy, ostry i wyraźnie męski głos przeszył powietrze. Smith napinała teraz wszystkie mięśnie do granic wytrzymałości, stojąc twarzą w twarz z Tamarą i ani myślała, żeby obrócić się do tyłu.
- Czy za mną są rabusie? - spytała cicho. Jej wypowiedzieć przerwało głośne "wszyscy na kolana" i zdała sobie sprawę, że rabusie, to zbyt lekkie słowo.
Była w środku pieprzonej apokalipsy.
Eva, oczywiście.
Usuń[Uderzyłaś w tę bardziej medyczną stronę mojej natury, masz farta. Ja zwykle stosuję gambit hetmański, bo bardzie wytrąca przeciwnika z równowagi. Ale wymyślę ten wątek. Tym bardziej, że nie spodziewałam się tego "czajenia". A miałam już nadzieję, że nie muszę zmieniać nicku, bo po takim czasie od zamknięcia Grupowa nikt już o mnie nie pamięta. Dzisiaj czeka mnie jeszcze wyprawa krzyżowa, więc zaraz się zbieram i zacząć - nie zacznę. Ale mogę rzucić pomysłem, to lubię robić. I lubię dziwaczne fabuły.
OdpowiedzUsuńNa ile mi wiadomo, przed Wielkanocą robi się zwykle porządki biurowe. Zwykle w tym okresie napataczają się różne komisji. Co prawda nie wiem, kto we własnej osobie musiałby się zjawić, żeby grzebać w papierach sekcji SEAL, ale porządki i tak trzeba zrobić. Także Serge pod pretekstem tychże porządków przegrzebuje archiwum antropologii aż wreszcie znajduje sprawę, która wzbudza jego ciekawość. I każe sobie przysłać tłumaczkę "serbskiego albo innego narzecza pasterzy kóz", żeby rozwiązywać zagadkę sprzed piętnastu lat.]
Serge Bellard
[witaj ponownie ;) jakby co, to zapraszam pod karte Chrisa i Raula ;d]
OdpowiedzUsuń[Wiem, że mącę, ale jak coś, to Olivia się zwolniła. Po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że nie pasuje do Evy :)]
OdpowiedzUsuń[Urlop się skończył i co robimy z tym fantem? ;)]
OdpowiedzUsuńEv
Najgorszy koszmar strzelca wyborowego…? Żywa tarcza. W swej kilkuletniej, wojskowej karierze Roderick miał już parokrotnie do czynienia z podobnymi aktami desperacji, z których najczęściej, ani cel, ani przypadkowa ofiara, nie wychodziły obronną ręką. Pal licho te amerykańskie, propagandowe filmy, w których taki obrót sprawy był jedynie ekscytującym dodatkiem do ogólnej fabuły, mającym na celu udowodnić widzom nieprawdopodobne umiejętności strzeleckie głównego bohatera. Stek bzdur – rzeczywistość niemal w ogóle nie pokrywała się z bujną wyobraźnią scenarzystów. Panicz Pearce już coś o tym wiedział… i za moment miał również doświadczyć na swej własnej skórze. Zaciskając mocniej palce na chłodnej rękojeści pistoletu, naprawdę szczerze pragnął, aby to wszystko skończyło się tak jak w tych głupich filmach. On wystrzeli, trafiając centralnie w czoło zamachowca, a uciśniona zakładniczka wpadnie mu prosto w ramiona, wdzięczna za ocalenie życia. Niestety, Ro wątpił, aby mógł to rozegrać w tak widowiskowy sposób. Przede wszystkim sam przestępca nie dawał mu większych szans na celne oddanie strzału. Zaur Czedia zdawał się doskonale wyczuwać intencje panicza Pearce – jak na złość scalił się z sylwetką ciemnowłosej kobiety niemal jak cień, pozostawiając jedynie niewielkie, odsłonięte skrawki ciała, mogące posłużyć za ewentualny cel… gdyby tylko Ro nie obchodziło to, iż mógłby zranić pannę Zajczik.
OdpowiedzUsuń-… to bez sensu. –Poczuł suchość w gardle, przełykając powoli ślinę. –To wszystko skończy się, nim zdążysz cokolwiek postanowić. Opuść broń, unieś ręce do góry… Puść dziewczynę. –Dziewczynę? W jego własnych ustach zabrzmiało to wręcz groteskowo, a przecież panicz Pearce doskonale zdawał sobie sprawę z tego, ile ta dziewczyna niegdyś dla niego znaczyła. Na szczęście, do rozważania czasu teraźniejszego nie miał w tej chwili głowy, gdyż inaczej szlag trafiłby całą jego skupienie. Wpatrywał się w migoczące zza ciemnej czupryny Tamary ślepia gruzińskiego szmuglera, widząc w nich zarówno chłodne wyrachowanie jak i zwykłą, ludzką panikę. Panikę, która miała swe uzasadnienie nie tylko w braku wsparcia oraz niezapowiedzianym towarzystwie panicza Pearce, ale także z sekundy na sekundę, co raz to donośniejszego wycia policyjnych syren. Kawaleria już nadciągała, pętla na szyi Gruzina powoli i niemiłosiernie zaciskała się, uświadamiając mu, iż znajduje się niczym zwierzę w potrzasku. Roderick wiedział, iż tym bardziej nie mógł sobie pozwolić na żaden błąd.
Powoli zaczynał odczuwać zmęczenie – zmęczenie tym padalcem i jego parszywymi groźbami. Powietrze w pomieszczeniu zgęstniało do tego stopnia, iż panicz Pearce odczuł na swych plecach pierwszą falę nagłego, gwałtownego gorącą, która po niespełna paru sekundach prześlizgnęła mu się wprost na napięte do granic możliwości ramiona. Dopiero po pewnym czasie zorientował się, z jak ogromną siłą zaciska palce na rękojeści pistoletu, który mimo naporu ze strony swego właściciela, nie drgnął ani o milimetr, nawet w chwili, gdy Ro miał ochotę wybuchnąć szczerym śmiechem, słysząc niedorzeczne żądania Gruzina. On miał na to wszystko przystać? Bez mrugnięcia okiem poddać się, oddając mu broń? Puścić go, wierząc na słowo, iż Tamarze nie spadnie włos z głowy? Czasem nawet tak wyrachowani przestępcy pletli trzy po trzy. Wystarczyło zapędzić takiego w kozi róg, a wtedy najczęściej tracił zimną krew i zaczynali bredzić. Ro nie zamierzał negować, iż nieobliczalni kryminaliści byli najgorszymi z możliwych kryminalistów… ale po nieskładnych reakcjach Zaura widział, iż Gruzin zaczyna tracić kontrolę nie tylko nad sobą, ale też nad całą sytuacją. Zwyczajnym grzechem byłoby tego nie wykorzystać…
OdpowiedzUsuń-Nie lubię się powtarzać… -Warknął mimowolnie. Ani myślał spuszczać z tonu, dostosowując się do żądań tego plugawego imigranta. I w żadnym wypadku nie zamierzał dawać sobą pomiatać. Gdy ciemnowłosy mężczyzna uniósł głos, Roderick wyczuł odpowiednią chwilę do podjęcia tego jedynego, chyba najbardziej słusznego kroku. To była zaledwie chwila, wcześniejsze obawy poszły w zapomnienie. Przez parę sekund nie czuł nic, poza chropowatą fakturą własnej broni, której słodki ciężar znał aż nadto dobrze, aby mógł się teraz pomylić. Przez parę sekund wcześniejsze wątpliwości zasłoniła ciemna kotara pewności siebie oraz latami wyrabianej precyzji. To był ten jedyny moment, złota chwila, której żaden szanujący się strzelec wyborowy nie odważyłby się zmarnować. Jeden błąd Gruzina zadecydował o bezpardonowym naciśnięciu spustu, w chwili, gdy ten wychylił się zaledwie parę centymetrów w bok, dając się ponieść własnym emocjom. Ten błąd bardzo drogo go kosztował. Nie minęła nawet jedna sekunda, gdy po huku wystrzału, z okolicy szyi Zaura trysnęła szkarłatna strużka krwi. Pocisk trafił wprost do celu, szybko pozbawiając ciemnowłosego mężczyzny władzy w nogach. Gruzin, osuwając się na posadzkę, chyba jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się z nim stało. Roderick natomiast, z niebywałym spokojem, powoli opuścił lufę pistoletu, spoglądając na postrzelonego z zaciętym wyrazem twarzy, który mógł sugerować, iż właśnie takiego zakończenia się spodziewał. Nie zamierzał jednak pławić się zwycięstwem, zmieniając zdanie na temat głupich scenariuszy filmów akcji. Po raz pierwszy od swego przybycia, skupił na dłużej spojrzenie błękitnych ślepi na obliczy panny Zajczik… obliczu pokrytym pojedynczymi kropelkami krwi. Dopiero wówczas poczuł nieznośny uścisk w okolicy własnego żołądka…
Panicz Pearce powinien był przewidzieć podobny obrót sprawy – powinien był pamiętać, iż nie każdy, w przeciwieństwie do niego samego, miał okazję spotykać się z nieboszczykami różnej maści; iż nie każdy wiódł życie w towarzystwie słodkiej adrenaliny; iż nie każdy bywał przyzwyczajony do nocnych strzelanin i widoku krwi. Tamara z pewnością nie miała z tym wszystkim nic do czynienia, dlatego widok powoli tracącej przytomność, ciemnowłosej kobiety, nie zaskoczył go. Ba, on się właśnie tego spodziewał. Zdążył jedynie zabezpieczyć broń, nim nie doskoczył do panny Zajczik, chroniąc jej skołataną głowę przed spotkaniem trzeciego stopnia z twardą posadzką salonu. Złapawszy kobietę niemal tuż nad parkietem, sam znalazł się na kolanach, tuż obok zakrwawionego Gruzina. Żył. Roderick czuł na sobie jego wzrok. Wytrzeszczone ze strachu oczy mężczyzny wpatrywały się w niego z niebywałym uporem. Zupełnie tak, jakby pragnęły zostać za wszelką cenę zapamiętane. Niemniej jednak, dla panicza Pearce nie miały one pierwszorzędnego znaczenia. Obejmując Tamarę, oparł jej ciemną czuprynę tuż obok zagłębienia szyi, w tym samym czasie, drugą wolną ręką powoli chowając pistolet do przyczepionej do paska spodni kabury. Ponownie odczuł zmęczenie. Dopiero teraz, dotarło do niego, jak niebezpieczna była cała ta sytuacja, jak niewiele brakowało, aby to właśnie panna Zajczik leżała tam gdzie teraz leżał zakrwawiony Gruzin. Roderick nawet nie miał ochoty o tym rozmyślać. Na szczęście nawet nie musiał, gdyż w tej samej chwili, do środka mieszkania wpadła horda policjantów, a po chwili, tuż za nimi zjawili się zaalarmowani medycy. Później wszystko potoczyło się niemal tak jak nakazywał protokół. Sanitariusze zajęli się rannymi zbirami, policjanci powoli zaczęli zabezpieczać miejsce zdarzenia… a Ro, kierując się uwagami jednego z lekarzy, bez słowa wyniósł z mieszkania nieprzytomną Tamarę. Gdy wydostali się z budynku, Roderick dostrzegł wokół kamienicy mnóstwo gapiów, w tym wyraźnie wystraszonych sąsiadów panny Zajczik. Ubrani w szlafroki i pidżamy, nie mieli oni bladego pojęcia, co też właśnie zaszło i dlaczego w środku nocy musieli oni uciekać przed strzałami we własnych domach. Panicz Pearce doskonale rozumiał ich strach, jednak to nie do jego obowiązków należało wyjaśnienie im całego tego zajścia. Skupił się na bezpiecznym doniesieniu Tamary do jednej z zaparkowanych nieopodal karetek. Wiedział, iż życiu ciemnowłosej kobiety nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo, jednak na wszelki wypadek należało oddać ją w ręce specjalistów. Medycy szybko ułożyli pannę Zajczik na noszach wewnątrz pojazdu, po chwili odjeżdżając w stronę najbliższego szpitala. Ro nie zabrał się z nimi. Choć miał ogromną ochotę, podświadomie czuł, iż to już nie było miejsce dla niego, a poza tym, chciał zostać i doprowadzić tą sprawę do końca. Zeszło mu się z tym około trzech godzin. Składanie zeznań, rozmowy ze śledczymi, parę telefonów do przełożonych… gdy w końcu zwolniono Rodericka do domu, ten był wycieńczony. Bardziej nerwowo, niż fizycznie. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak też to całe zajście mocno się na nim odbiło, dopóki nie zamknął za sobą drzwi samochodu, układając dłonie na chłodnej kierownicy chevroleta, a wokół zapadła niczym niezmącona, błoga cisza. Przez moment, może dłużej, siedział tak w kompletnym bezruchu, nim mimowolnie nie przekręcił kluczyków w stacyjce, odpadając silnik pojazdu. Powinien był jechać do domu, odpocząć, uporządkować myśli… a więc, dlaczego wybrał trasę prowadzącą prosto do szpitala…?
OdpowiedzUsuńZarówno ulice Lawrence jak i śnieżnobiałe korytarze miejskiego szpitala wydawały się być zupełnie wyludnione. Nic dziwnego, skoro na wszystkich zegarach widniała godzina czwarta nad ranem. O tej porze normalni ludzie smacznie spali, ani myśląc o tak wczesnej pobudce. Od niespełna godziny, sam Roderick również powinien leżeć grzecznie we własnym łóżeczku, jednak dziwnym zrządzeniem losu, ominął znaną sobie trasę do domu, na rzecz szpitalnego parkingu. Po zgaszeniu silnika siedział w samochodzie z dobrych pięć minut, nim wreszcie nie zdecydował się wysiąść. Nie, nie przyjechał tu z powodu odniesionych ran. Był zdrów jak ryba, będący na miejscu sanitariusze zdążyli to już potwierdzić. Przybył tu z zupełnie innych pobudek, których powinien był się wyzbyć już dawno, dawno temu. Kierując się w stronę głównego wejścia do szpitala, a później ku siedzącej w recepcji, dyżurnej pielęgniarce, wyrzucał sobie w myślach własną głupotę. Może i nie było w tym nic dziwnego, iż jako bezpośrednio zaangażowany w sprawę uczestnik wydarzeń miał prawo interesować się stanem zdrowia drugiej poszkodowanej… ale jako dorosły mężczyzna powinien był zaczekać chociaż do popołudniowych godzin odwiedzin, a nie świecić odznaką przed zdumionym obliczem pielęgniarki, o godzinie czwartej nad ranem. Na to, bez skrupułów, mógłby sobie pozwolić parę lat temu, gdy… no właśnie, gdy panna Zajczik była dla niego kimś więcej, niż tylko znajomą z pracy. Teraz sytuacja między nimi była tak skomplikowana, iż towarzyszące mu rozdarcie, zaczynało powoli wpływać na jasność jego umysłu. Powinien był się powstrzymać, przed przyjazdem tutaj. Niestety, łatwiej powiedzieć niż zrobić, dlatego obecnie maszerował powoli wzdłuż pustego, słabo oświetlonego korytarza, wodząc wzrokiem po tabliczkach z numerkami sal. Gdy wreszcie dotarł pod drzwi pokoju dwieście siedemnaście, przystanął na chwilę, wpatrując się bez większego przekonania w metalową klamkę. Wejść, nie wejść…? Pewnie spała, nafaszerowana lekami uspokajającymi. Tylko by przeszkadzał… a jednak dotarł aż tutaj, grzechem byłoby chociażby nie zerknąć. No i zerknął. A nawet bardziej niż zerknął. Nacisnął na klamkę, powoli uchylając drzwi. Wsunął powoli jedną stopę, później drugą, dopiero na końcu pozwalając reszcie swego ciała wkroczyć do małej, pojedynczej salki, z buczącymi urządzeniami monitorującymi stan zdrowia pacjenta, usypiającymi skuteczniej niż dudnienie deszczu o szyby okna. Tamara leżała bez ruchu, odwrócona plecami do wejścia, spała. Dzięki Bogu, przemknęło mu przez myśl. Nie był pewny, jak zareagowałaby na jego widok, zwłaszcza po tym, czego dzisiaj była świadkiem. Mimowolnie zerkną kątem oka na zabezpieczoną broń, schowaną w kaburze przy pasku spodni. Mimowolnie też zakrył ją szczelniej skórzaną kurtką. Tak jakby się trochę wstydził tego, iż ciągle miał ją przy sobie. Jakby się wstydził, iż ona może go z nią przyłapać… Westchnął cicho w myślach, czując nieprzyjemny ucisk w okolicach skroni. Za dużo niepotrzebnych myśli, zbyt mało zasłużonego odpoczynku. Upewnił się, iż nic jej nie jest. Dobrze, teraz może już zniknąć.
OdpowiedzUsuń